mayday - napisane recenzje

  • Istanbul Balbinka
    mayday

    wolę oryginał

    Istanbul Balbinka to siostrzany bar Balbinki z pl. Zawiszy. Właściciel ten sam, ale lokal zupełnie inny. Od razu na wstępie napiszę, że o wiele bardziej wolę ten z pl. Zawiszy. Może wystrój nie jest tak ciekawy jak tutaj, może miejsca mniej, może obskurniej, ale jedzenie o niebo lepsze. Na pl. Zawiszy nad wszystkim czuwa właściciel i nie zdarzają się nawet najmniejsze wpadki podczas gdy na Żelaznej już tak nie jest. Jadłam tam najzwyklejszego kebaba, który jest chyba najpopularniejszym daniem, a mimo tego zostało zwalone. Mięso suche, żylaste, nie do zjedzenia. Może miałam wyjątkowego pecha, ale zostawiłam je nietknięte. Raczej tam nie wrócę, bo i czas oczekiwania do najkrótszych nie należy, a wystarczy jedynie przejść na drugą stronę ulicy żeby mieć pewność najwyższego standardu.

  • W restauracji Street bywam dosyć regularnie, bo zwyczajnie mam blisko. I to jest chyba główny i jedyny powód moich wizyt. Jeśli chodzi o wystrój to nie zachwyca niczym szczególnym. Co druga knajpa w biurowcach tak wygląda. Na ścianach wielkie plazmy, wystrój mroczny i ciemny, obsługa nastroszona, a stoliki jak przedziały kolejowe. Ale przejdźmy do rzeczy ważniejszych niż estetyka, a mianowicie do jedzenia. Tutaj też mam wiele do zarzucenia. Jeśli nie zdecydujemy się na zamówienie czegoś a'la carte, a weźmiemy jeden z gotowych zestawów lunchowych to już mamy problem. Zestawy te nie tylko są skromne objętościowe ale też niezbyt smaczne. Niby za te 13-15 zł (koszt drugiego dania, zupa 5zł, więc set zamyka się w 20zł) nie można oczekiwać cudów, ale czasem lepiej skoczyć do pobliskiego chińczyka na hali mirowskiej lub zjeść coś mniej międzynarodowego w arabskiej Sapay'i niż tracić pieniądze i zdrowie w Streecie. Dużym błędem jest zamawianie na wynos. Kiedyś wzięłam frytki, sałatkę i skrzydełka w sosie. Frytki były kompletnie utopione w sosie BBQ, gumowate i niezjadliwe. Całkiem przyzwoitą mają za to polędwicę (49,50 zł). Pasty też ujdą, w smaku i wielkości porcji ok, chociaż po jednej z nich (kurczak i suszone pomidory) koleżanka nie czuła się najlepiej. Podsumowując Street to taka nasza ostateczność, nikt z własnej woli tam nie chodzi. Nie mamy też żadnego ulubionego dania, a próbowaliśmy już prawie wszystkiego. Rozbudowana karta nie wystarcza, gdy poziom wszystkiego zbliżony.

  • Home Africa Bar
    mayday

    Integracja międzykulturowa pełną gębą

    Home Africa Bar to właściwie głównie knajpa dla Afrykańczyków, ale bliskość Dobrej Karmy i innych lokali w zagłębiu na Górczewskiej sprawia, że zaglądają tam wszyscy, więc i ja w końcu tam trafiłam. Samo miejsce przypomina mi trochę szałas, na górze znajduje się bar, na dole dwie sale oraz kominek. Ciekawostką jest afrykańskie jedzenie. Możemy tam zjeść zupę z melona, smażone banany czy głowę kozy. Tak, to chyba jedyne miejsce w Warszawie gdzie można zjeść ten przysmak. Kozła nie próbowałam natomiast zupa melonowa to interesujące doznanie kulinarne.
    Wieczorami posłuchać można typowo afrykańskiej muzyki, a także potańczyć w rytm brzmień Czarnego Lądu. Polecam jeśli ktoś lubi takie klimaty.

  • Wraz z koleżanką wybrałyśmy się na zajęcia w klubie Forest, a konkretnie na TBC. Same zajęcia prowadzone przez bardzo miłą, wesołą i pełną pozytywnej energii p. Anię, która dbała o dobre samopoczucie każdej z uczestniczek. Wszystkie byłyśmy zmęczone, ale szczęśliwe. Sprzęt do ćwieczeń sprawny, czysty, zadbany. Maty całe, ciężarki i step czyste. Widać, że dba się tam o sprzęt. Podobnie jest w szatniach, gdzie w szafkach wiszą wieszaki, można skorzystać z prysznica czy sauny. Klub wydawał mi się zdominowany przez płeć piękną, gdyż odbywają się tam głównie zajęcia fitness, jogi, dance. Dla panów jest siłownia w drugiej części oraz hala do squasha. Miejsce bardzo przyjemne, bo położone na zielonym terenie AWF. Niestety nie znane są jeszcze dalsze losy klubu, gdyż nie została przedłużona umowa najmu z właścicielem czyli właśnie AWFem. Póki co zajęcia odbywają się normalnie. Polecam!

  • La Table
    mayday

    brak tytułu

    Do La Table umówiłam się na kolację ze znajomymi w pewien deszczowy piątkowy wieczór. W lokalu pusto, chociaż to może nawet i lepiej, bo miejsce nie przytłacza ogromem. Klientela bardzo mieszana. Od wytwornych panów w garniturach po okoliczne grube karki, które przyszły na piwo. Jedzenie miało być odkrywcze. Już na samym początku miałam pewne opory, gdyż menu raczej skromne, ale po pełnej euforii recenzji Macieja Nowaka postanowiłam się tym nie zrażać. Zamówiłam pieczoną pierś kurczaka z risotto grzybowym oraz emulsją truflową (32 zł). Dostałam ogromną, grubą pierś kurczaka z nogą i kością (w życiu nie widziałam czegoś tak wielkiego). Ładnie podane, ładnie przyrumienione, ale niestety w środku niedopieczone. Mięso przy kości było surowowe, chociaż porcja była tak ogromna, że i tak nie miałam siły zjeść wszystkiego. Risotto bardzo smaczne, podobnie jak puree z batatów podskubnięte koleżance. Można pójść zobaczyć, ale wracać się raczej nie będzie, bo już po paru wizytach zawartość karty będzie nam znana.

  • Canton
    mayday

    zakurzony chiński pałac

    Canton już od pewnego czasu intrygował mnie i kusił by go odwiedzić. Bardzo często przejeżdzam koło tego miejsca i za każdym razem obiecywałam sobie, że tam zajrzę, gdyż z zewnątrz restuaracja prezentuje się interesująco. Tak też się stało. Niestety, wnętrze nie zrobiło już na mnie większego wrażenia. Owszem, jest i sadzawka z karpiami, i lampiony, i rzeźby, smoki na ścianach i wszystko co trzeba, ale jakieś to takie.. przykurzone, zmęczone przydługą eksploatacją (miejscami dekorację odpadają). Wiem, że to nie mając wpływu na smak potraw szczegóły, ale dla estety ważne jest nie tylko co, ale gdzie i jak je. W tym wypadku nie ma się czym zachwycać. Nasz stolik (dla dużej grupy) ustawiony był w bocznej sali, mimo, że restauracja świeciła pustkami. W głównej części płynęła sobie przyjemna muzyczka, a u nas było cicho jak makiem zasiał.
    Kolejnym rozczarowaniem okazała się specjalność zakładu czyli kaczka po pekińsku. Na stronie internetowej prezentuje się okazale, a w rzeczywistości to cieniutkie i zimne plasterki, których cena absolutnie nie jest adekwatna do jakości (za kaczkę na 2 osoby zapłaciliśmy blisko 100zł). Generalnie, jedzenie nas nie powaliło, a doliczenie serwisu bez uprzedzenia stanowiło niemiły końcowy akcent. Obsługa nie potrafiła wytłumaczyć składu poszczególnych dań (stąd nasze rozczarowania), okres oczekiwania nie należał do najkrótszych i jeszcze te 10% na koniec...

  • Tawerna 10b
    mayday

    mrocznie

    Do Tawerny trafiłam przypadkowo, chociaż mieszkam w okolicy od wielu lat to jakoś nie ciągnęło mnie do tego miejsca. Z zewnątrz nie raz widziałam tę knajpę, która znajduje się w starym, komunistycznym pawilonie handlowym z widokiem na podupadający bazar. Okolica i widok nieszczególne, wejście po brudnych, ciemnych i śmierdzących schodach też nie zachęcało. Samo miejsce rozległe, z podestem dla orkiestry i parkietem do tańczenia. Toalety skrzętnie ukryte. Sam wystrój niby morski, niby swojski ale raczej nie zachwycający. Panie kelnerki to kwiat okolicznych blokowisk z wczesnych lat 80. Klienci w niczym im nie przeszkadzają, a w razie czego można ich jeszcze opieprzyć, bo przecież są od tego żeby znali lokalne prawo zwyczajowe tam obowiązujące. Ale od początku, bo nie wszyscy wiedzą do czego piję. Zamówiliśmy frytki przy barze. Kazano się po nie zgłosić po 5-7 min. To nic, że lokal pustawy, a kelnerki trzy. Trzeba się pofatygować samemu, więc idziemy po zamówione i zapłacone danie. Przy odbiorze jeszcze się upewniliśmy czy to na pewno to, po czym zabraliśmy je do stolika. W połowie konsumpcji pani przybiega i pyta co zamawialiśmy i czy na pewno to było zapłacone. To była nasza pierwsza wizyta i niespecjalnie byliśmy pewni, ale frytki to frytki. Okazało się, że wydano nam podwójną porcję, do której chcieliśmy dopłacić. Na szczęście pani łaskawym tonem stwierdziła, że kuchnia też mogła się pomylić. Dziękujemy bardzo. Te 5 zł z pewnością by nas zbawiło, a frytki nie utknęłyby w gardle.

    Tawerna to miejsce spotkań okolicznej młodzieży. Jeśli nie ma się dokąd iść to można, bo miejsce otwarte do późna, ale mnie się udało tyle lat nie bywać i tak już raczej pozostanie. To nie jest moje miejsce.

  • Miasto Gadających Głów - dada cafe
    mayday

    fajna knajpka na długie rozmowy

    MGG zawdzięcza swoją atmosferę p. Bartkowi, który jak nikt dba o to żeby goście czuli się jak u siebie w domu i żeby niczego im nie brakowało. Zawsze można tam liczyć na otwartą rozmowę przy barze czy dyskretnych stolik w rogu ( w zależności od aktualnych potrzeb klienteli). W MGG pomysłowo obchodzi się nawet święta. Z okazji Wigilii zorganizowano jedną, wielką, wspólną kolację. Relacje z tej i innych imprez można obejrzeć na blogu MGG, gdzie widać inwencję w wyborze sylwestrowych strojów czy tą, z imprezy narciarskiej.
    Ceny przystępne, gdyż klientela zazwyczaj młoda. Niestety niewiele przekąsimy, ale nikt w barze nie obrazi się jeśli skoczymy do pobliskiego kebaba. Wieczorami i w weekendy obowiązkowa rezerwacja. Klub czynny od 16tej do ostatniego gościa.

  • Jakoś jeszcze nigdy nie udało mi się trafić do Chłodnej gdy byłoby tam luźno. Zawsze tłocznie, gwarno, pełno. I chyba te masy stałych bywalców są najlepszą rekomendacją dla tego miejsca. To nadal jedna z niewielu knajp, gdzie można napić się Ciechana, a nie chrzczonego Lecha. Mnogość koncertów, wystaw, pokazów filmowych sprawia, że klubokawiarnia to nie tylko knajpa, a instytucja zrzeszająca tych, którzy interesują się "bardziej".
    Doskonała lokalizacja sprawia, że jest to stałe miejsce "na szlaku". Blisko MGG, Montażowni, Antałka, Nowolipia za drzwiami, po prostu po drodze.
    Polecam, kolejne fajne miejsce.

  • Do kina Iluzjon w siedzibie Biblioteki Narodowej chodzę już blisko rok i właściwie każda moja wizyta była w pełni satysfakcjonująca. Począwszy od cen biletów, które utrzymują się na poziomie 11 zł, poprzez ciekawy i urozmaicony repertuar na wygodnych fotelach kończąc. Sala jest nowa i przestronna. Frekwencja na seansach raczej nikła. Zazwyczaj zamyka się grupką 10 pasjonatów - niektóre twarze udaje mi się już rozpoznawać. Chociaż w trakcie festiwali np. Planete Doc Review kino Iluzjon przyciągnęło większą ilość kinomanów, co dobrze wróży na przyszłość.
    Jak już wspomniałam w kinie organizowane są rozmaite festiwale - od Planete Doc Review przez festiwal kina niemego po miesięczne przeglądy twórczości reżyserów (w czerwcu Claude'a Leloucha'a) czy aktórów (np.Vanessy Redgrave czy niedawno zmarłego Macieja Kozłowskiego). Do tego co miesiąc organizowane są seanse z filmWebem, gdzie nie tylko można samemu wybrać repertuar poprzez głosowanie internetowe, ale także wygrać nagrody w konkursach przedseansowych. Bilety kosztują jedynie 5 zł.
    Dla mnie to kino idealne. Mało ludzi, zero popcornu, ambitne, stare, ciekawe filmy w cenie na każdą kieszeń. Istnieje także możliwość wykupienia abonamentu na nieograniczoną liczbę wejść w cenie 360zł (karnet półroczny). Serdecznie polecam, warto pzekonać się samemu.

Newsletter

Zapisz się na cotygodniową porcję najciekawszych miejsc i recenzji! Dowiedz się więcej. Podaj e-mail:

Kategorie:
Dzielnice:
Miasta: